Obecny czas to Czw 19:09, 14 Gru 2017 | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
Zobacz posty bez odpowiedzi
Forum Tutaj są historie o duchach i innych straszydłach Strona GłównaForum Tutaj są historie o duchach i innych straszydłach Strona Główna
Użytkownicy Grupy Rejestracja Zaloguj

Ciekawostki
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Tutaj są historie o duchach i innych straszydłach Strona Główna » opowiesci
Zobacz poprzedni temat | Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
duszek
Administrator



Dołączył: 06 Kwi 2007
Posty: 24
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 8:13, 12 Kwi 2007    Temat postu: Ciekawostki

(teraz pisze Ło$iu$iu xD Razz )

A oto ciekawostka zoologiczna!

Jedną z największych zagadek przyrody są "żabie deszcze", których występowanie potwierdza wiele osób. Odnotowano przypadki żab, spadających nieoczekiwanie z nieba, często wielkimi stadami, zwykle (lecz nie zawsze) podczas ulewnego deszczu. Sceptycy próbują wyjaśnić zjawisko tym, że żaby ukrywają się na ziemi wśród roślin, a strugi deszczu zmuszają je do opuszczenia kryjówek. W ten sposób powstało złudzenie, że spadają wraz z deszczem. Istnieje jednak wiele relacji świadczących o tym, że żaby rzeczywiście spadły z nieba. Oto jedna z nich.

Około 1902 r. moja babka Gertrude Timmins (z domu Griffin), wówczas ośmioletnia, szła z matką, Mary Griffin przez pole w pobliżu dzisiejszego miasta West Bromwich w West Midlands. Nagle zaczął padać deszcz, więc otworzyły parasole. Po chwili Gertrude usłyszała głuche dźwięki, jakby na jej parasol spadło kilka ciężkich przedmiotów. Kiedy wyjrzała, zobaczyła, że głuchy odgłos spowodowały niewielkie żabki, które uderzały w materiał, odbijały się od niego i opadały na ziemię tuż obok jej stóp. Przestraszyła się, ale matka uspokoiła ją, mówiąc opanowanym i rzeczowym głosem, że to zwykły żabi deszcz, który wkrótce minie. Tak też się stało.

Żaby znalazły się na parasolu, nie mogły więc wyjść z trawy, kiedy zaczął padać deszcz. W pobliżu nie było także żadnych drzew ani budynków, z których mogłyby spaść. Musiały zlecieć z nieba. Niezwykłe wydarzenie wryło się w pamięć mojej babki tak głęboko, że aż do swojej śmierci w wieku 99 lat w 1994 r. szczegółowo o nim opowiadała.

W Bedford po deszczowej niedzieli w czerwcu 1979 r., Vida McWilliam ujrzała na swoim trawniku mnóstwo maleńkich zielonych żabek. Zdziwiła się jeszcze bardziej, kiedy zauważyła pasma żabiego skrzeku na krzewach wokół domu. Był to kolejny dowód przemawiający za tym, że "goście" zjawili się z nieba. Nie zielone lecz białe były natomiast żaby, które spadły na Moseley w Birmingham, podczas potężnej burzy 30 czerwca 1982 r. Deszcze jasnoróżowych i czerwonych żab odnotowano w Gloucestershire w 1988 r. oraz w innych rejonach Anglii. Niezwykły kolor płazów był zapewne skutkiem mutacji genetycznych.

Nie tylko żaby spadają z nieba. Ron Langton z East Ham w Londynie odkrył 28 maja 1984 r. na dachu domu liczne niewielkie ryby, flądry i stynki, które spadły podczas potężnej burzy, szalejącej w nocy. Deszcze ryb padały także w tym samym czasie w pobliskim Canning Town. W innych częściach świata zdarzają się jeszcze dziwniejsze przypadki spadających z nieba jaszczurek, węży, salamandry, ślimaków, pasikoników, dżdżownic i meduz.

Naukowcy, którzy przyjmują do wiadomości istnienie takich osobliwych opadów, sądzą, że cyklon, trąba powietrzna, trąba wodna lub inne podobne zjawisko meteorologiczne unosi i transportuje w powietrzu zwierzęta, które po jakimś czasie opadają na ziemię. Jest to rozsądne wyjaśnienie, ale nadal pozostaje zagadką, dlaczego wiry powietrzne działają tak wybiórczo. Rzadko zdarza się deszcz stworzeń różnych gatunków, i nie odnotowano przypadków, w których wraz ze zwierzętami spadałyby na ziemię rośliny z ich środowiska naturalnego.

Minęło wiele wieków, odkąd po raz pierwszy opisano zjawisko zwierzęcych deszczów, ale nauka nie znalazła jeszcze zadowalającego rozwiązania tej zagadki.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Czy jest możliwe, żeby człowiek został połknięty przez wieloryba i przeżył? Jeśli nie wierzycie, posłuchajcie tej historii. Archiwa Admiralicji Brytyjskiej dostarczają ewidentnych dowodów prawdziwości zdumiewającej relacji Ja mesa Bartjeya, brytyjskiego marynarza, który został połknięty przez wieloryba i przeżył, by móc o tym opowiadać. James odbywał swoją pierwszą i ostatnią podróż jako marynarz na pokładzie statku wielorybniczego "Gwiazda Wschodu". W lutym 1891 roku statek posuwał się z łomotem żagli, pchany naprzód pomyślnym wiatrem jakieś sto mil na wschód od Wysp Falklandzkich na południowym Atlantyku. Nagle obserwator wydał elektryzujący okrzyk: Z lewej wieloryb! Zauważył bowiem olbrzymiego kaszalota o pół mili od burty dziobowej. "Gwiazda Wschodu" spuściła żagle i wachty wielorybnicze wgramoliły się do trzech małych łódek, aby wbić harpuny w ciało potężnego ssaka, jeśli się uda. W łodzi, która jako pierwsza dotarła do wieloryba, znajdował się młody James Bartley. Wiosłując powoli, marynarze podprowadzili swoją kruchą łupinę tak blisko niczego nie spodziewającego się stworzenia, że harpunnik mógł się wychylić i wbić ogromną włócznię w trzewia wieloryba. Podczas gdy ugodzona bestia walczyła, by uwolnić się od haka harpuna, Bartley i jego towarzysze cofali się gwałtownie, żeby wydostać się z zasięgu masywnego ogona . Przez moment szczęście zdawało się sprzyjać marynarzom. Wieloryb zanurzył się głęboko i pociągnął za sobą dwieście pięćdziesiąt metrów ciężkiej liny. Potem nastąpiło złowieszcze rozluźnienie liny - wielkie zwierzę szło w górę lecz gdzie wypłynie? W takich wypadkach jest to sprawa życia lub śmierci i marynarze wkrótce mieli poznać odpowiedź. Pochylili się nad wiosłami, gotowi wiosłować po swoje życie, gdy tylko będzie wiadomo, w którą stronę skierować łódkę.

Woda zakipiała wokół nich bez ostrzeżenia i rozległ się trzask kruchej łodzi, rozłupanej wyrzutem wieloryba w powietrze. Waląc wściekle ogonem, śmiertelnie zranione zwierzę ubiło wodę na krwawą pianę, zanim w agonii powtórnie dało nura w głębinę. Pobliska łódź wyłowiła pozostałych przy życiu wielorybników, lecz dwóch brakowało. Jednym z nich był marynarz terminator James Bartley. Wiatr, który przywiódł "Gwiazdę Wschodu" na scenę tej tragedii, opuścił ją teraz. Łopocząc lekko żaglami kołysała się na długiej, martwej fali. Jeszcze tego samego fatalnego dnia, krótko przed zachodem słońca, umierający wieloryb wypłynął na powierzchnie, dryfując w odległości czterystu metrów od statku. Załoga pospiesznie przymocowała go liną. Upalna pogoda zmuszała do natychmiastowego ćwiartowania zwierzęcia. Ponieważ nie można było podnieść stutonowego ssaka na pokład, mężczyźni zdzierali grubą warstwę tłuszczu, ślizgając się i obsuwając wzdłuż grzbietu stworzenia. Robota brudna i niebezpieczna, jako że woda pełna była rekinów, podnieconych zapachem krwi. Tuż przed jedenastą w nocy pracujący przy świetle latarni, mocno już zmęczeni, marynarze wyjęli żołądek i ogromną wątrobę, które wciągnięto na statek. już na pokładzie zauważono jakieś zastanawiające ruchy we wnętrzu gigantycznego brzuszyska... Powolny, rytmiczny ruch, który sprawiał wrażenie, jakby coś oddychało. Kapitan pospiesznie wezwał lekarza okrętowego, który dokonał ogromnego cięcia w twardym mięsie.

Pojawiła się ludzka stopa, but... i cała reszta. W chwilę później wyciągnięto jednego z zaginionych marynarzy. Był to James Bartley zgięty wpół, nieprzytomny... ale żywy!. Prawdopodobnie z braku lepszych pomysłów podekscytowany lekarz kazał polewać Bartleya wiadrami morskiej wody Kuracja ta pozwoliła przywrócić nieszczęśnikowi przytomność, lecz nie rozum. Bartley bełkotał coś bezładnie, rzucając się po pokładzie jak w delirium. Prawie dwa tygodnie miotał się między życiem a śmiercią, przywiązany do koi w kabinie kapitana. Stopnjowo, jak zapisał lekarz okrętowy w swoich notatkach, podpisanych przez całą załogę, Bartley odzyskiwał zmysły, lecz minął miesiąc, nim był w stanie opowiedzieć, co się z nim działo. Pamiętał, że został wyrzucony w powietrze, kiedy wieloryb strzaskał łódź, a kiedy wpadł z powrotem do morza, zobaczył rozwierającą się tuż przed nim ogromną paszczę. Krzyczał, gdy go pochłaniała. Czuł ostry, kłujący ból, kiedy przesuwał się wzdłuż małych ostrych fiszbinów Potem poczuł, jak ześlizguje się w dół śluzowatej rury... Pamiętał walkę o oddech... kopanie... potem rozkoszne zapomnienie, dopóki miesiąc później nie odzyskał świadomości w kabinie kapitana. Przebywał w żołądku wieloryba piętnaście godzin i w rezultacie stracił wszystkie włosy na ciele, jego skóra nienaturalnie zbielała i pozostał prawie zupełnie ślepy przez resztę życia, które spędził jako szewc, łatający stare obuwie w rodzinnym Gloucester. Liczni lekarze z wielu krajów świata przyjeżdżali badać go i dyskutować o tym niesamowitym doświadczeniu. Żył jeszcze osiemnaście lat po tej przygodzie, a na jego nagrobku jest krótka opowieść o jego przeżyciu i dopisek: James bartley, 187O-1909... współczesny Jonasz.


Post został pochwalony 0 razy
...
Zobacz profil autora
Powrót do góry
KASIA4
Gość






PostWysłany: Pią 17:27, 25 Sty 2008    Temat postu:

DEBILSKIE JAK NIE WIEM CO HEH MOZNA BYŁO SIĘ POŚMIAĆ
...
Powrót do góry
ja1
Gość






PostWysłany: Wto 17:38, 19 Lut 2008    Temat postu:

lubie je
...
Powrót do góry
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Tutaj są historie o duchach i innych straszydłach Strona Główna » opowiesci
Wyświetl posty z ostatnich:   
 
 
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Skocz do:  

Strona 1 z 1


Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Theme created OMI of Kyomii Designs for BRIX-CENTRAL.tk.